2015.04.29 Orlen Warsaw Maraton 2:53:55

Decyzja o tym, że pobiegnę w Orlen Maratonie zapadła u mnie w piątek rano. Czułem się (tak mi się wydawało) znakomicie i postanowiłem raz jeszcze w odstępie tygodnia podjąć wyzwanie maratońskie. W końcu – zejście na 34 km to nie to samo, co ukończenie ponad 42 km – pomyślałem – i okazało się, że jednak byłem w błędzie. Teraz wiem, że to nie miało prawa się udać.
Nie mam zamiaru zanudzać o moim biegu, bo nie ma za bardzo czym. Do niemal 30 kilometra wszystko szło jednak zgodnie z założeniami. Potem nogi po prostu z każdym kilometrem traciły na dynamice i sprawiały wrażenie zmieniać się w nogi ze stali a potem nawet z ołowiu. I to tyle.

Jednakże …

… końcowy kilometr będę długo pamiętał. Wcale jednak nie z powodu słaniania się i biegania zygzakiem z gwiazdami przed oczami. Biegłem co prawda w tempie wolnym ale równym i z pełną kontrolą nad organizmem. Otóż – kiedy już okrążałem Stadion Narodowy i do mety brakowało właśnie około kilometra, dogonił mnie Bogdan Barewski. Człowiek – instytucja, o którym jeszcze kiedyś na pewno więcej napiszę, którego miałem okazję a właściwie zaszczyt poznać osobiście w tym roku w Kenii. Bogdan postanowił w niedzielę zaatakować rekord Polski w kategorii 60+. Ostatnie kilkaset metrów przebiegliśmy razem, moje siły miały jeszcze wystarczającą rezerwę, by zerwać się do finiszu i „pociągnąć” Bogdana. Kiedy wbiegliśmy na długą, ostatnią prostą, doping widzów zapewne nie był mniejszy niż gdy kończyła bieg czołówka, ja rzecz jasna załapałem się rzecz jasna na ten doping fartownie i przy okazji.

Bogdanowi zabrakło kilkadziesiąt sekund do rekordu, ale czas, jaki osiągnął (2:53:59) okazał się drugim najlepszym czasem w swojej kategorii wiekowej w tym roku na świecie!
Wielki, wielki szacunek dla Bogdana Barewskiego. Czapki z głów!!!

A ja – z pokorą sypię głowę popiołem – maraton uczy bowiem tej pokory doskonale. Teraz chyba u mnie czas na 2 tygodnie wyluzowania i odpoczynku od biegania a może także i od pisania o bieganiu Emotikon smile Przed rozpoczęciem drugiej, letnio-jesiennej części sezonu, nie tylko ciało ale i głowa muszą być świeże i odpowiednio nastawione do dalszego boju.


Fot: serwis www.maratończyk.pl, wielkie dzięki za fajną fotkę!

(null)

2015.04.10 Dwudziesty maraton – finałowe odliczanie… cel 2:42:59!

Znów końcowe odliczanie ostatnich dni do maratonu. Za 10 dni po raz 20 (a więc jubileusz!) stanę na starcie tego królewskiego dystansu 42 195 m. Nazwa “królewski” jak najbardziej zasłużona, maraton to prawdziwy test dla ciała i ducha.

Sięgam pamięcią wstecz. 11 lat temu to całe moje bieganie się zaczęło. Na wiosnę 2004 roku podjąłem postanowienie, że na jesieni pobiegnę maraton. Pobiegłem. 3:51. Złamałem 4 godziny, byłem z siebie dumny. Stwierdziłem, że to fajne i że będę biegał maratony :-) Plany treningowe, lektura, douczanie, poznawanie innych biegaczy i z czasem również trenerów biegowych. Kolejne bariery udawało się systematycznie pokonywać.
2005 r – 3:26
2006 r – 3:15
2007 r – 3:08
No i pamiętne Dębno, 13 kwietnia 2008 r i historyczny dla mnie moment, złamanie trójki. 2:59:33.

Wkręciłem się na dobre, poprawiałem się … o minutkę każdego roku. Doszedłem w ten sposób do 2:54 i wtedy nastąpił przełom. Wszystkie elementy wiedzy, doświadczenia zmieszały się z psychicznym turbo-doładowaniem (po moim pierwszym pobycie na obozie w Kenii) i wyszło z tego 2:47:23 w 2013 roku. Potem poprawka na 2:45. A potem jeszcze na 2:44:12.

A teraz cel to 2:42:59 – trzeba to będzie wymęczyć, wypracować, wyszarpać. Każdym kilometrem, każdą decyzją na trasie. Mieć furę szczęścia i potrafić jeszcze je wykorzystać. To już jest szybkie bieganie, po 3’51 każdy kilometr i tak 42 razy.

Ale to i tak tylko stacja pośrednia do Pokonania Granicy 2:40. Zrobię to. Ale jeszcze nie teraz.

Trzymajcie kciuki za powodzenie – 19.04, Łódź.

(null)