2014.06.28 Siła, siła, siła … :-)

Znów na swoich rodzimych śmieciach :-)

Po tygodniowym wypadzie do Londynu, bardzo męczącym z resztą (aczkolwiek bogatym we wrażenia turystyczno-historyczne), z wielką przyjemnością pobiegałem sobie w drugiej połowie mijającego tygodnia w moim Zalesiu Dolnym (czyli, dla niezorientowanych, letniskowej dzielnicy Piaseczna).

Pod względem planu treningowego, tydzień ten mozna podsumować trzema słowami:

1. Siła.
2. Siła
3. Siła.
:-)

Wchodząc nieco w szczegóły, cztery z sześciu dni treningowych zawierały rożne elementy przygotowania motoryczno-siłowego lub tzw. sily statycznej. Po kolei były to: 2 obwody po 20 ćwiczeń na siłowni (tym razem zainscenizowanej w londyńskim parku:-)), dwustumetrowe podbiegi (kilkanaście powtórzeń na zalesińskich górkach), 3 serie ćwiczeń stabilności ogólnej (po około 20 trzydziestosekundowych „akcji” każda) i na koniec dzisiaj 15 powtórzeń rożnych rodzajów ćwiczeń siły biegowej (skipy, defilada, wypady, marsz z wykopami). Jutro na deser i na odreagowanie – spokojna wycieczka biegowa i tydzień zamknie się kilometrażem około 60 km, będzie on juz teraz tylko dalej rósł…

Siedzę sobie własnie teraz w moim ulubionym miejscu na przemyślenia i planowanie co dalej – czyli obok fontann na piaseczyńskim rynku w kawiarni Fryderyk, za chwilę będę się raczył sałatką francuską, naleśnikiem z szynką i mozarellą i deserem lodowym.

A co tam, zasłużyłem!

A wieczorem – przy symbolicznym piwku, pierwsze mecze 1/8 mistrzostw świata w piłkę kopaną. Mistrzostwa bardzo mi się podobają, dzisiaj typuję zwycięstwa Canarinhos (rzecz jasna) i Kolumbii.

Pozdrawiam!!

20140628-132747.jpg

2014.06.18 Czas przykręcać śrubkę … :-)

Zostało 4 miesiące z hakiem. Czas będzie niedługo pomału brać się do poważniejszej roboty. Atakowanie wyniku 2:43 to już nie żarty, niezwykle istotną rolę zaczynają odgrywać dieta i motywacja psychiczna a także harmonijne połączenie aktywności w kluczowych sferach życia. Czekają mnie naprawdę spore wyzwania i obciążenia treningowe.

Póki co jednak, ostatnie dni zupełnie bez napinki, leniwe przebieranie nogami.

I jeszcze ciekawostka. W Londynie, do którego „wyskoczyliśmy” z rodzinką na kilka dni, na porządku dziennym jest bieganie po ulicach centrum miasta, niczym pojazd drogowy :-) Nie po chodniku tylko właśnie po ulicy. Biegnie sobie taki biegacz na przykład koło budynku Parlamentu a za nim grzecznie dwa autobusy piętrowe. Obok idzie dwóch policjantów i nic, przecież to normalka.
Kondycja Narodu Dobrem Najwyższym! :-)

20140618-224218.jpg

2014.06.14 Ursynów tym razem szczęśliwy! 5 km – 17:11 i życiówka

Sezon wiosenny zamykam bardzo sympatycznie, rekordem życiowym na 5 km. Pogoda dopisała, od wczoraj w Warszawie zrobiło się znacznie chłodniej. Mnóstwo ludzi na starcie. Pamiętam, gdy kilka lat temu Bieg Ursynowa wchodził dopiero do kalendarza imprez, biegło chyba nie więcej niż 200 osób. Dzisiaj prawdziwe tłumy, 2 tysiące biegaczy. Świetna atmosfera i porządna organizacja. Na starcie sporo znanych nazwisk – Yared Shegumo, Bartek Nowicki, Ukrainiec (wyleciało mi z głowy nazwisko) – wicemistrz swiata bodajże na 1500 m, wsród kobiet np. Iwona Lewandowska.
Postanowiłem zacząć o wiele spokojniej niż podczas dwóch ostatnich biegów (dycha w Łodzi i piątka w Piasecznie), w obu tych startach płaciłem frycowe za nieumiejętne rozkradanie sił. Dzisiaj celem nie było łamanie 17 minut, bo jednak nie jest to osiągalne obecnie dla mnie (choć brakuje niewiele..). Celem był atak na rekord życiowy, ktory od zeszłego roku wynosił 17:15. Tak więc na początku spokojnie – pierwszy kilometr 3’25, potem przyhamowalem do 3’29 na kolejnych dwóch kilometrach. Gdy wbiegaliśmy na ostatnią, superdługą prostą (czyli na al. KEN – dla nie-warszawiaków w załączeniu zdjęcie), czułem, że będzie nieźle i postanowiłem przyspieszyć. Ostatnie 2000 metrów pokonałem długim, równym krokiem po 3’24. Przed startem umówiliśmy się z Darkiem Królem, ze zaczniemy wlasnie obaj razem, spokojnie i że właśnie na KEN-ie damy z siebie tyle ile można, jak to się mówi żargonem biegowym, do wyrzygania (przepraszam tu co bardziej wrażliwych, ale tak to właśnie niemal wygląda, jest to wysiłek na granicy możliwości). Tutaj – wielkie dzięki dla Darka za poprowadzenie pierwszych trzech kilometrów, uczepiłem mu się na plecach i pózniej własnie dałem tę końcową długą zmianę. Kilkaset metrów przed metą obejrzałem się za siebie, Darek tylko rzucił „idziesz sam” i przycisnałem jeszcze bardziej.

Efekt:

Rekord życiowy 17:11 (czyli stary pobity o 4 sekundy), 59- te miejsce i 6- te w kategorii w tak licznie i silnie obsadzonym biegu, co biorąc jeszcze dodatkowo pod uwagę, że od półtora miesiąca prawie w ogóle nie biegam (kilometraż 35 km tygodniowo), skupiając się na treningach w siłowni ze sztangą, na sile biegowej w terenie i na gimnastyce stabilności ogólnej, daje mi sporą satysfakcję.

Znów z optymizmem patrzę na kołyszący się gdzieś tam daleko na horyzoncie statek z banderą z napisem „Frankfurt 2:43″ :-)

20140614-141316.jpg