2013.08.11 Kefalonia – siga, siga …

Dzisiejszy dzień rozpoczął się dla mnie o 5:45 – wtedy wówczas, w zupełnych niemal jeszcze ciemnościach, ale już w temperaturze 26 stopni, wyruszyłem na wycieczkę biegową. W planie było 10 pętli po 3,1 km, co łącznie z dobiegami do pętli miało dać 32 km – najdłuższy kefaloński trening. Podczas pierwszej pętli bieglem w towarzystwie kilku nietoperzy, co przyznam, że zdarzyło mi się po raz pierwszy :-)
Po każdej pętli obowiązkowy rytuał – około 150 ml izotonika i tyle samo wody wylewanej na kark. Dystans, z którym planowałem się zmierzyć to już nie żarty. Mam duży respekt do treningów ponad 25 kilometrowych, tu liczy się już sporo elementów tzw. wokołobiegowych – odpowiednia dieta poprzedniego dnia, nawodnienie oraz uzupełnianie nie tylko płynów, ale też minerałów, spokojne tempo bez zrywów.
Udało się zrealizować plan. Po 20-stym kilometrze czułem się znakomicie, ostatnie 12 km zrobiłem na sporym luzie, w niższej strefie tzw. pierwszego zakresu tętna, czyli zgodnie z kanonami Long Run-u, dziś było to 4’35-4’45 / km. Jednak, z uwagi na dużo spokojniejszą pierwszą połówkę, średnie tempo całego biegu wyniosło 4’52″.

Był to bardzo duży wysiłek dla organizmu – czuję to teraz, po 9 godzinach od treningu, leżąc jak placek na leżaku.

Wykorzystam ten leżakowy letarg na skreślenie kilku słów o wyspie Kefalonia. Otóż, jest ona z pewnością warta odwiedzenia, choć nie ma na niej wiele miejsc typowo historycznych. Jest piękna, ponieważ czas jakby płynie tu wolniej niż na bardziej znanych i wciąż rozwijanych pod turystów innych wyspach. Kefalonia jeszcze nie została zadeptana przez turystów a przy tym posiada jedne z najpiękniejszych plaż w Grecji, niesamowite klifowe wybrzeża i przynajmniej kilka (do tylu udało nam się dotrzeć podczas jednodniowego wypadu autem) uroczych miasteczek. Poruszanie się autem po wyspie nie jest jednak proste i wymaga skupienia – drogi są wąskie a urwiska strome …

Kefalonia została zasiedlona w drugim tysiącleciu p.n.e. Jak kilka innych wschodnich wysp greckich oraz terenów bałkańskich nad Adriatykiem, kilkukrotnie przechodziła z rąk do rąk, w podobnej z resztą jak inne wspomniane obszary kolejności. Początkowo podbita przez Cesarstwo Rzymskie, następnie po podziale cesarstwa w 395 r przygarnięta do Cesarstwa Wschodniego, potem przez kilka stuleci opanowana przez Wenecjan. W 1864 r weszła wraz z Wyspami Jońskiego do niepodległego państwa greckiego. W 1953 roku wyspę nawiedziło ogromne trzęsienie ziemi, które zniszczyło większość budynków, a jedynym ocalałym miasteczkiem był przepiękny porcik Fiskardo, leżący na północnym krańcu wyspy.

Kefalonia słynie z produkcji wina oraz z upraw figowców. Jedno z takich drzewek rośnie niedaleko naszego hotelu i jest celem wieczornych spacerów (mam nadzieję, że właściciel tego figowego sadu nie czyta mojego bloga :-)

Ciekawostka dla pasjonatów filmu: właśnie na Kefalonii toczy się akcja filmu „Kapitan Corelli” z Nicolasem Cage’m i Penelope Cruz (plakat w załączeniu).

Najlepszym podsumowaniem podejścia do życia tutejszych mieszkańców, podobnie z resztą jak i większości Greków są słowa siga, siga (powoli, powoli). Tu nikt się nie stresuje, jeśli np autobus spóźnia się pól godziny. Przecież kiedyś przyjedzie ,,,

Pozdrawiam więc i jeszcze przez 3 dni będę sobie powtarzał siga, siga :-)

20130811-180036.jpg

20130811-180149.jpg

20130811-180212.jpg

20130811-180242.jpg

20130811-180312.jpg

20130811-180351.jpg

20130811-180414.jpg

2013.08.09 Kefalońskie czterysetki

W planie na dziś figurowały interwały 400-metrowe. Wszelkie teorie mówią, że należy je biegać po dokładnie wymierzonych, płaskich odcinkach. Pamiętać należy wszakże, że to tylko teoria. W przypadkach taki jak mój dzisiejszy, gdy w promieniu kilku kilometrów od naszego hotelu raczej nie ma żadnego plaskiego odcinka tej długości, zaplanowany trening odbyłem na takim profilu odcinka, jaki miałem do dyspozycji, ale zamiast zarzynać się, polegałem na odczuwalnej intensywności biegu, nie zaś na zakładanej prędkości.
Zamiast zakładanych 16 x 400 po 78″ było więc 16 x 400 po 78-85 s. Czuję jednak, że była to bardzo fajna, konkretna jednostka treningowa. Za chwilę jeszcze – 45 min stretchingu przy basenie (prowadzone całkiem nawet nieźle przez jednego z animatorów).

Jutro, po 8 dniach treningu (często 2 razy dziennie) zasłużony dzień przerwy, ale już w niedzielę prawdziwe wyzwanie – start o 5.45 i 32 km po kefalońskich wzgórzach… No i tydzień zamknie się liczbą 100.

20130809-102032.jpg

2013.08.06 Urlopowe wyzwania biegacza

Z Rodziną na wczasach – dla biegacza nie jest to banalnie proste, dla Rodziny także – sprawa wymaga więc obustronnego zrozumienia i tolerancji.

O 6.00 rano biegaczowi dzwoni budzik. To nic, że ustawiony jest na najsłabszym poziomie głośności – kojąca ucho, melodia „Świerszcze”. I tak jest to pierwszy czelendż dla biegacza, żeby świerszczy nikt więcej poza nim nie usłyszał. To samo dotyczy kolejnych kilku czynności niezbędnych do wykonania przez następne kilka minut, niekoniecznie już wchodząc w szczegóły. Wszystkie rzeczy biegowe czekają już grzecznie ułożone w małą kosteczkę tuż przy drzwiach. A właśnie, dla Biegacza Spędzającego Wakacje z Rodziną jednym z najistotniejszych elementów (poza ścieżkami biegowymi, rzecz jasna) są drzwi wyjściowe. Mają się otwierać i zamykać całkowicie bezgłośnie, a przynajmniej jeszcze ciszej niż budzące świerszcze.

Biegacz musi być totalnie skupiony, przygotowując się do porannej ewakuacji z hotelowego pokoju. Niedopuszczalne jest zapominanie o okularach słonecznych, wodzie, zegarku. Biegacz jest jak saper – może się pomylić 2 razy: pierwszy i ostatni.

No dobrze, załóżmy, że biegacz jest już w pełnym rynsztunku na dworze, w pełni gotowy do realizacji jednostki treningowej wyznaczonej przez trenera (lub przez siebie samego) na dany dzień.

Trening odbywa się.

I co dalej?

Przecież to dopiero 7.30 rano, Rodzina właśnie rozpoczyna poranną fazę snu a biegacz – mokry jak kapibara staje u wrót pokoju obmyślając dalszą strategię działania i wizualizując sobie dokładnie każdy ruch po wślizgnięciu się do niego. Niedopuszczalny będzie bowiem najmniejszy błąd, teraz trzeba bezgłośnie wziąć prysznic i wyjść na śniadanie.

A no właśnie, śniadanie. Po treningu (szczególnie wówczas, gdy trening był na czczo) biegacz nie ma wiele czasu na czekanie z jedzeniem. Zdarza się więc, że biegacz na śniadanie idzie sam. W ramach rekompensaty dla Rodziny za taką poranną dezercję, biegacz stacza (głównie z angielskimi i niemieckimi turystami, nie-biegaczami z resztą) zwycięską walkę o leżaki pod drzewem. Te najlepsze.

Teraz można w spokoju spędzić pozostałą część dnia z Wyrozumiałą Rodziną.

No, może „pozostałą” to małe uproszczenie. Przecież o 18.00 kolejna sesja treningowa, godzinna core stability w pokoju hotelowym.

A może by tak … namówić Rodzinę do biegania ….. ?

20130806-100158.jpg

2013.08.02 Lekko tu nie będzie

Grecja. Pierwszy dzień treningów. Wyruszylem o 7.15, już było 24st. Teren pofaldowany (da się biegac tylko po drogach asfaltowych, reszta to jakieś bezdroża). Trasa – 14 km (do najbliższego miasteczka i z powrotem). Buteleczka z izotonikiem ratuje życie, dałem radę :-) Ale wydolnosciowo ok – wyszło 4’48 bez napinki szczególnej. No to w nagrodę teraz – to co na załączonym obrazku, a wieczorem godzinna sesja core stability.

A tak dygresyjnie trochę. Uwielbiam próby dogadywania się z lokalnym specjalistą od klimy, nie władającym językiem angielskim. Niezły trening języka migowego. Ćwiczę to za każdym razem pierwszego lub drugiego dnia pobytu.

20130802-103347.jpg