2013.05.25 Bieg Ulicą Piotrkowską w Łodzi na 10 km – życiówka 36:08

W kalendarzu biegów ulicznych Bieg Ulicą Piotrkowską wyrósł w szybkim tempie na jeden z największych w Polsce biegów na 10 km. 2000 uczestników robi wrażenie. Atestowana, płaska (tak przynajmniej sądziłem) trasa, dogodny termin – czemu nie spróbować? – pomyślałem w kwietniu, podczas planowania kalendarza startów w „szybkościowych” miesiącach (maj do lipca).

Jedyne, co mnie trochę niepokoiło, to nietypowa – wieczorna – godzina startu. Biegałem już chyba w ponad stu biegach, ale zawsze start był rano lub około południa. Ma to znaczenie zarówno fizjologiczne, jak i psychologiczne. Gdy start jest rano, to wiadomo, że dzień trzeba zacząć od miski owsianki, poprawić bułką z miodem, napić się kawy i jechać na start (sącząc w międzyczasie izotonik). Nie ma poza tym problemu co zrobić z czasem przed biegiem. Po prostu tego czasu prawie nie ma i nie ma się nad czym zastanawiać.

A tu było wszystko inaczej. Rano pomknąłem adwójką do miasta włókniarzy. Po odebraniu pakietu startowego pojechałem do hotelu „Centrum”, który organizatorzy zarekomendowali dla uczestników biegu. Dodatkową zachętą była cena: 60 zł zamiast 120 zł.
Hotel straszy już z zewnątrz. Po prostu niczym powrót do PRL-u. Wewnątrz jest niestety jeszcze gorzej. Gdy wszedłem do swojego pokoju i zdałem sobie sprawę, że mam w nim spędzić 2 h przed startem (planowałem drzemkę) i co gorsze, całą noc, niemal wpadłem w depresję. Bród i smród (przepraszam za wyrażenie). Decyzja była prosta – czym prędzej uciekłem do auta, wiedząc, że po biegu wracam do domu, niestety kosztem nieobejrzanego finału Ligi Mistrzów. Przedstartowe 2h spędziłem objeżdżając samochodem większość trasy (i wyprowadzając się z mylnego przekonania, że jest ona płaska) oraz włócząc się po sklepach w Manufakturze. Masakra… po prostu depresyjny dzień. W dodatku spędzony totalnie samemu … po prostu Samotność Długodystansowca.

A sam bieg?

No cóż, cel wynikowy u mnie musi być i był też tym razem. Brzmiał on 35:59. Niestety, już przed biegiem wiedziałem, że silny wiatr (6 m/s) i bardzo pofałdowana trasa sprawią, że szanse sukcesu oceniałem na 30%. Ale i tak, około godziny przed startem, po dość długim czasie koncentracji i wizualizacji biegu (to nowy element, jaki dodałem po ostatnim wykładzie nt psychologii sportu), przy podwójnym espresso, powoli zacząłem wreszcie czuć się tak, jak uwielbiam się czuć. Naładowany przedstartowym stresikiem :-)

Wystartowaliśmy. Starałem się skupić na trzech sprawach: poprawnej technice biegu i swobodzie ruchów (z czym zawsze miałem i wciąż mam problem), głębokim oddechu oraz osłanianiu się przed wiatrem – chowaniu się za plecami innych.

Na drugim kilometrze – około 400 metrów podbiegu i to w dodatku po kostce między szynami torowiska. Naprawdę nieciekawy moment.

Połowa trasy 18:02. Zaczęło mnie zatykać, byłem na granicy kolki. Ale trzymałem tempo. Ciągle 3’36/km czyli dokładnie „w cel”. Liczyłem, że kilka sekund urwę na finiszu i uda się złamać te 36 minut.

Ostatnie 2 km były jednym z najboleśniejszych finiszów, jakie miałem kiedykolwiek. Za metą padłem na klęczki, dochodziłem do siebie około minuty. Myślę, że wbiegając na metę miałem tętno maksymalne.

Do złamania bariery 36 minut zabrakło niewiele, bo tylko 8 sekund.

Jestem jednak zadowolony z biegu. Życiówka poprawiona o 6 sekund, 27 miejsce na 2000 startujących, zwycięstwo w kategorii wiekowej.

No i na koniec miła niespodzianka – nocleg jednak na miejscu, koło Pabianic, u kolegi Grzegorza „Mzungu” – czyli kompana z Kenii, który wraz ze swoją małżonką, mamą i córką super mnie ugościli, przy okazji obejrzeliśmy porażkę „naszej” Borusii w finale Ligi Mistrzów.

20130526-021008.jpg

20130526-021026.jpg

20130526-094009.jpg

2013.05.15 Warsaw Track Cup – 3.000m – 9:58

Warsaw Track Cup. Impreza jedyna w swoim rodzaju, która – choć to jej dopiero trzecia edycja – stała się już żelaznym elementem kalendarza startowego wielu warszawskich biegaczy-amatorów.

Coż w niej takiego niezwykłego?

Przede wszystkim … arena zmagań, Tym razem wcale nie ulica, lecz tartanowa bieżnia uroczego stadioniku Agrykoli.

Po drugie – niepowtarzalna atmosfera. Zapadający zmierzch, rozświetlające stadion sztuczne światła reflektorów.

Po trzecie – bardzo dobra organizacja oraz (spiker Kuba!) dbałość o to, by uczestnicy nie nudzili się w oczekiwaniu na swój start, kibicując innym lub odpoczywając po biegu.

Po czwarte – skoro tartan, to kolce. Skoro kolce, to okazja to śrubowania życiówek. Uwielbiam biegać w kolcach. Czuję się, jakbym frunął nad ziemią. Może to banalne i oczywiste dla zawodowych biegaczy, ale ja jestem tylko małym amatorkiem, który zakłada kolce jedynie kilka razy w roku i mam z tego super radochę.

Po piąte i może najważniejsze – WTC to okazja to spotkania wielu biegowych znajomych, powspominanie, wzajemne konsultowanie planów treningowych oraz startowych, porównywanie etc etc. I w ogóle – takie fajne „Polaków-biegaczy rozmowy”. Biegacze wiedzą o czym mówię, a nie-biegaczom zapewne i tak trudno pojąć o co kaman :-)

Do wyboru są 3 dystanse: 1000m, 1500, oraz 3000m. Właśnie ten ostatni dystans dzisiaj wybrałem. Celem było zrobienie wyniku jedno- cyfrowego (mowa o części opisującej minuty, rzecz jasna). No i udało się, wyszło tyle ile właśnie miało wyjść, 9:58. Właśnie 9 a nie 10. DZIEWIĘĆ a nie DZIESIEĆ. Jedna cyfra a nie dwie! Taki mały sukces a tak bardzo cieszy.

Przede mną kolejne wyzwanie, 25 maja w Łodzi postaram się złamać granicę 36 minut w biegu (tym razem już ulicznym) na 10 km oraz powalczyć o podium w kategorii wiekowej. Bieg Ulicą Piotrkowską to całkiem sporo impreza, z udziałem 2000 zawodników. Zobaczymy, może Łódź po raz kolejny okaże się szczęśliwa dla mnie :-)

Image