2013.03.25 PMW 1:19:55 Wierzyć trzeba do końca :-)

Gdy dzień przed Półmaratonem Warszawskim wyszedłem na lekki rozruch, było około -10 stopni C i praktycznie podjąłem już wówczas decyzję, że pobiegnę wyłącznie „lajtowo”, ponieważ ściganie w takich warunkach graniczyłoby ze skrajnym brakiem odpowiedzialności o własne zdrowie. Dodatkowo, całe minione 2 tygodnie (czyli jednocześnie pierwsze 2 tygodnie po powrocie z Kenii), nie było, mówiąc łagodnie, powalające, jeśli chodzi o objętość i jakość moich treningów. Po prostu nie dało się robić czegokolwiek sensownego w takich warunkach. Dla przykładu – gdy zafundowałem sobie któregoś dnia bieg w II zakresie, o mało nie pozabijałem się na lodzie na zakrętach :-)
Mój organizm buntował się z resztą ogromnie również od strony psychicznej, wspominając to wszystko, co opisywałem skrupulatnie w poprzednich „kenijskich” wpisach…

A jednak … gdy w niedzielę rano otworzyłem okno, mile się zdziwiłem. Mróz był już zdecydowanie bardziej „miekki” niż poprzedniego dnia, prószył śnieg, zachmurzone niebo zwiastowało niżową, dużo lepszą do ścigania pogodę. Temperatura -7, oszacowałem, że w momencie startu będzie -5. Zdecydowałem się ubrać dość asekuracyjnie – podwójna warstwa termoaktywna, na to bezrękawnik z numerem, długie legginsy.

W okolicach startu byłem na 45 minut przed strzałem, wystarczyło to na dość porządną rozgrzewkę. Jeszcze tylko narzuciłem starą bluzę i dresy – do wyrzucenia tuz przed startem, żeby trzymać ciepło do ostatniej minuty i potruchtałem na Poniatoszczaka. Samopoczucie miałem znakomite. Spostrzegłem pacemakera na 1:20. Kuszące … Raz jeszcze przeanalizowałem pogodę i ryzyko pobiegnięcia jednak na maxa. Taka okazja może już się nie powtórzyć. No i decyzja finalna, raz się żyje!

Pierwsze 7-8 km dosłownie „frunąłem”, biegło mi się znakomicie. Dwutygodniowe treningi na wysokości 2400 m, ponad 210 km tam zrobionych oraz naprawdę mocno przepracowana zima zrobiły swoje. Wiedziałem, że złamanie 1:20 jest zadaniem megaambitnym, ale czułem tez, że właśnie to jest ten dzień i że grzechem byłoby nie spróbować. Pacemaker zaczął dość ostrożnie, prędkością przelotową na 1:20 jest 3’47 na km, a pierwsze kilka km lecieliśmy po 3’50-3’53. Jednak od szóstego kilometra tempo wyraźnie wzrosło, do 3’35-3’45. Wyszło słońce, mróz przestał być w ogóle dokuczliwy. Zbiegliśmy na Wisłostradę, teraz ok 6 km prosto w kierunku Łazienek. Dyszka w 37:56. To niewiele gorzej niż moja życiówka na tym dystansie. Jest nieźle. Na trzecim punkcie odżywczym na 12 km miałem zaplanowane spożycie żelu, odebrałem więc kubek z wodą do popicia, ale czym prędzej go wyrzuciłem. W środku były bryłki lodu. Zdecydowałem w tym momencie, że zagram vabank i nie będę nic pił do końca, żel wyrzuciłem.

Piętnasty kilometr. Podbieg pod Belwederską. Nasz zając wydaje się, że … przyspieszył. Jak potem sprawdziłem na międzyczasach, biegliśmy wówczas jednak wolniej niż się wydawało (ok 3’57 km), ale w kontekście podbiegu wrażenie było zgoła inne. No i niestety, gdy wbiegliśmy na tę górę koło Belwederu dopadł mnie mały kryzys i zacząłem odstawać od grupy z zającem. Ale i tak wiedziałem, że jeśli wytrzymam powiedzmy do 17 kilometra z grupą biegnąca na 1:20, to na ostatnich 4 km nie stracę już zbyt dużo. 15 km w 56:40 – czyli życiówka na tym dystansie, zrobiona „po drodze”. Koło Placu Trzech Krzyży – kryzys ustąpił, grupa nie powiększała nade mną dystansu, było to wciąż około 30m. Most Poniatowskiego. Biało-czerwony kosz Narodowego już jak na dłoni. Dwudziesty kilometr. Na zegarku 1:16. Czyli – teraz się wszystko rozstrzygnie. Na ślimaku, którym się zbiega na Wisłostradę po stronie Praskiej, przyspieszyłem (potem sie okazało, że ostatni kilometr zrobiłem w 3:29). Do mety około 600 m. Mijałem kolejnych biegaczy. Wbiegając na ostatnią, około 200 metrową prostą, widziałem zegar odliczający: 1:19:23, 1:19:24 … Wreszcie jest meta, zegarek łapie 1:19:55 i radość ogromna. Raz jeszcze okazało się, że czasem warto zaryzykować i wierzyć do końca!

Cel na maraton łódzki za 3 tygodnie jest chyba jasny … i megakuszący … ale jeszcze chwilę się zastanowię, nim go sobie „oficjalnie” postawię :-)

20130325-173029.jpg

2013.03.09 Kenia dzień 14

No i już po zawodach. Czasy zwycięzców: 8:13 u mężczyzn i 9:57 u kobiet. Mnie zatkało nieco po 2 km i mój czas nie był z pewnością rewelacyjny :-)

Organizacyjnie nie ustrzegliśmy się małych niedociągnięć, ale ogólnie było ok, na koniec nastąpiła pamiątkowa wymiana kurtek i to co widać na zdjęciu to jest chyba moja najcenniejsza pamiątka z rewelacyjnych wakacji, które właśnie dobiegły końca. Za 2 godziny wsiadamy do matatu i jedziemy na lotnisko.

20130309-121405.jpg

2013.03.07 Kenia dzień 13

Wczoraj był odpoczynek od treningów (nie liczę porannego rozruchu 4km z gimnastyką). Głównym punktem programu dnia było kupowanie pamiątek w oddalonych o 35 km od nas Eldoret. Miasto nie powala na kolana, choć supermarket w zasadzie trzyma standardy powiedzmy naszej Biedronki czy Lidla.

W drodze do Eldoret zatrzymaliśmy się na budowanym teraz (oddanie do użytku za miesiąc) profesjonalnym stadionie tartanowym w Iten. Inwestycja ta (rownież Lorny Kiplagat, u ktorej mieszkamy) robi bardzo duże wrażenie. Oprowadzała nas para holenderskich inżynierów, zarządzający pracami wykonawczymi.

Wieczorem zaczęło nieźle padać, zaczyna się już tu chyba pora deszczowa. Nasz ośrodek powoli pustoszeje, niektórzy już wyjechali, inni zrobią to w ciągu najbiższych dni.

Cały kraj żyje tu wciąż wyborami prezydenckimi, które odbyły się w poniedziałek. Kenijczycy godzinami przesiadają przed tv, gdzie podawane są kolejne cząstkowe wyniki. Ogłoszenie finalnych wyników opóźnia się, bo popsuł się podobno główny komputer zliczający głosy (!). Miało to niestety wpływ na to, że z naszej wyprawy do parku narodowego Nakuru (słynnego m.in. z tysięcy flamingów) niestety nic nie wyszło. Dzień przed planowaną wycieczką kierowca, który miał nas wieźć przyznał się nam, że się boi jechać do Nakuru z uwagi na ryzyko zamachów na drogach, spowodowanych ogłoszeniem niekorzystnych dla części społeczeństwa wyników wyborów (jak się okazuje, wyniki się tak bardzo opóźniają, że mogliśmy zdążyć zaliczyć tę wycieczkę, przed ich ogłoszeniem ale teraz to już tylko takie gdybanie). Cztery lata temu w podobnych okolicznościach politycznych ginęli w Kenii ludzie, więc nie ryzykowaliśmy.

Jutro zawody, wczoraj Adam porozdzielał nam funkcje sędziowskie, napięcie rośnie … :-)

Polecam też najświeższy meldunek skreślony ręką Adama – super oddaje panującą atmosferę i podejście do treningów miejscowych zawodników:

http://www.bieganie.pl/?show=1&cat=281&id=4982

Jutro też popołudniu odlatujemy do kraju. Najpierw o 18 do Nairobi, potem po kilku godzinach czekania w stolicy Kenii, o 3 rano przez Stambuł do W-wy.

Liczymy oczywiście na odpowiednie przywitanie, stacje radiowe i telewizyjne i na zaaranżowaną na Okęciu konferencję prasową :-)

20130308-084406.jpg

20130308-084415.jpg

20130308-084422.jpg

20130308-084431.jpg

20130308-084438.jpg

20130308-084444.jpg

20130308-084458.jpg

20130308-084515.jpg

20130308-084520.jpg

20130308-084527.jpg

20130308-084532.jpg

20130308-084540.jpg

20130308-084546.jpg

20130308-084613.jpg

20130308-084619.jpg

20130308-084624.jpg

20130308-084631.jpg

20130308-084637.jpg

20130308-084646.jpg

20130308-084651.jpg

2013.03.06 Kenia dzień 12

9.30 rano. Biorę butelkę z napojem izotonicznym w rękę i ruszam w drogę. Wraz ze mną Michał i Grzegorz. Zadanie proste – 18 km wycieczka biegowa po okolicach a potem zbieg na stadion i „odmulenie” zbitych monotonnym bieganiem mięśni, czyli 200-metrowe rytmy biegane po ok 38s.

Ale najpierw zwiedzanie okolic. Ruszamy jak zwykle, najpierw ok 2km duktem wzdłuż iteńskiego „main road”. Przy banku skręt w lewo. Mijamy St.Patrick School – opisywaną m.in. przez Marcina Lewndowskiego. Ale słynnych drzewek zasadzonych przez słynnych sportowców niestety nie zobaczymy, bramy zamknięte, nie ma zwiedzania.
Zaczynam psyrykać zdjęcia, jak dobrze, ze zabrałem aparat. Chłopaki mnie odsadzili, cóż, albo się trzyma tempo, albo się bawi w reportera. Dziś wybieram to drugie. Spotykam kilkoro dzieci, kręcę krótki filmik.
Skręcam na rozwidleniu w lewo. Chłopaki gdzieś daleko przede mną. W ustach czuję piach, przejeżdżające auta kurzą niemiłosiernie. Półlitrowa buteleczka już w połowie pusta.
Gdzieś na siódmym kilometrze dołącza sie do mnie jakieś dziecko. „Give me money” – prosi. Dołącza się chyba siedmiu innych. Nie mam żadnych pieniędzy przy sobie, więc nie mam też dylematu co zrobić. Ale szkoda mi bardzo tych dzieci.

Dziesiąty kilometr. Doganiam chłopaków i chwilę pózniej mylimy drogę. Na szczęści mój Garmin ma funkcję „prowadź do celu” i naprawiamy pomyłkę.

Kolejne kilometry. Wreszcie zbiegamy na stadion. Dziś miał tu trenować David Rudisha. Niestety, dał plamę i nie przyszedł. Szkoda, spotkanie z takim mistrzem byłoby czymś niezwykłym…

Robimy rytmy 200-metrowe. Stadion powoli pustoszeje. Po 5 powtórzeniach daję znać trenerowi, że już mi dość na dziś.

Pora wracać do hotelu u zregenerować się, w końcu o 17.00 dziś kolejna sesja gimnastyki.

20130306-131120.jpg

20130306-131146.jpg

20130306-131158.jpg

20130306-131206.jpg

20130306-131215.jpg

20130306-131222.jpg

20130306-131229.jpg

20130306-131243.jpg

20130306-131252.jpg

20130306-131301.jpg

20130306-131312.jpg

20130306-131320.jpg

20130306-131327.jpg

20130306-131333.jpg

20130306-131339.jpg

20130306-131350.jpg

20130306-131355.jpg

20130306-131400.jpg

20130306-131406.jpg

20130306-131411.jpg

20130306-131418.jpg

20130306-131424.jpg

20130306-131430.jpg

20130306-131444.jpg

20130306-131451.jpg

20130306-131459.jpg

20130306-131505.jpg

20130306-131510.jpg

2013.03.04 Kenia dzień 10

Wczoraj – dość spokojny dzień, tzw. „płynne wejście w tydzień”

Ciekawe rzeczy będą się dziać ostatniego dnia obozu – organizator naszego obozu organizuje bowiem na miejscowym stadionie prawdziwe zawody, bieg na 3000m. Akcja promocyjna (plakaty na okolicznych drzewach, rejestracja online etc) już ruszyły. Szczegóły w poniższym linku.

http://www.bieganie.pl/?show=1&cat=281&id=4963

20130305-083240.jpg

2013.03.03 Kenia dzień 9

Kontynuacja rozpoczętych wczoraj rozważań na temat ludzi żyjących tutaj.

Weźmy przykład.

Dziewczyna ma na imię Eddah, ma 19 lat. Ma dziewięcioro rodzeństwa. Rodziców stać było na opłacenie studiów tylko dla – ich zdaniem – jednego, najzdolniejszego dziecka. Eddah nie wygrała tej batalii ale dostała za to inne „zadanie”: zostać biegaczką długodystansową.

Przygodę z bieganiem Eddah rozpoczęła z resztą już dużo wcześniej. Codziennie biegała (z plecakiem) 10 km do szkoły, drugie 10 km to powrót do domu. Bieg jest dla niej czynnością niemal równie fizjologiczną co oddychanie.

Poznaliśmy tę dziewczynę właśnie tutaj, w ośrodku treningowych w Iten. Przeprowadziła się ona do tej miejscowości 4 miesiące temu, po ukończeniu szkoły. Przyjechała tu sama, praktycznie kompletnie bez środków na dłuższe utrzymanie. Wynajmuje mieszkanie (a właściwie coś w rodzaju baraku bez światła, z dostępem do wody bieżącej tylko na podwórku) za ok 10$ miesięcznie.
Trenuje niemal codziennie, głównie z mężczyznami, ponieważ biegających kobiet jest tutaj mało.

Eddah wierzy niezłomnie, że za 2-3 lata będzie znaną biegaczką. Całe swoje życie podporządkowuje obecnie temu celowi. Najbardziej wstrząsający dla mnie jest fakt, że innej drogi życiowej, innej alternatywy, raczej nie ma.

Zaprzyjaźniliśmy się z tą dziewczyną. Codziennie wieczorem chodzimy z nią do pobliskiego klubu. Ktoregoś dnia pokazałem jej zdjęcie bałwana. Była przerażona i zapytała co to za białe zwierze. Wczoraj jeden z kolegów sprezentował jej latarkę i mały aparat fotograficzny, jej szczęście nie miało granic.

I teraz dochodzę do głównej myśli mojego nieco przydługiego wywodu. Wniosek ten dotyczy nie tylko naszej bohaterki, ale większości żyjących tu młodych ludzi. Otóż, poznając ich bliżej, człowiek uświadamia sobie, jak bardzo wartościowi oni są i jak bardzo my, Europejczycy nie doceniamy tego, co mamy, komfortu, w jakim żyjemy.

Choćby tylko z tego jednego powodu, aby móc to zrozumieć, cieszę się, że tu jestem i będę inaczej patrzył na wszystko, co mnie otacza.

20130304-090815.jpg

20130305-085253.jpg

2013.03.02 Kenia dzień 8

Ponieważ mija właśnie połowa obozu, pora na pierwsze refleksje, dziele je na 1) sportowe i 2) turystyczne.

——-

1) Refleksje sportowe.

Dla biegacza pobyt w Iten to bajka.

Składa się na to kilka czynników:

a) idealne wprost tereny i rodzaj podłoża – jest to brunatno-czerwony szutr, nie za miękki i nie za twardy

b) trening na wysokości 2400m – samo przebywanie tutaj przynosi korzyści układowi oddechowemu, krwionośnemu i ogólnie wydolności

c) czynniki psychologiczne, motywacja do pracy wskutek
- obserwowania setek a może i ponad tysiąca biegających tu Kenijczyków, ich zaangażowanie w każdy krok biegowy, w każdą minutę treningu
- przebywania w tym samym ośrodku treningiem z profesjonalnymi i amatorskimi biegaczami z wielu krajów
- możliwość spotkania i porozmawiania z największymi mistrzami

Na te czynniki nakładają się w moim przypadku jeszcze inne, dodatkowo zwiększające moje pozytywne odczucia:

d) dzięki bardzo silnie przepracowanej zimie w Polace (teraz to czuję!), mozolnie i systematycznie robionych trzydziestkach i odpowiedniemu nastawieniu psychicznemu, kilometry biegane w Iten i litry potu przelewane tu (nie tylko na ścieżkach biegowych, ale i podczas ćwiczeń core stability) są bardzo efektywne. Zanosi się na to, że kilometraż pierwszego tygodnia wyniesie 130 km, czyli niemało.

e) Podobnie, jak w przypadku trzech poprzednich obozów z bieganie.pl, wspaniała atmosfera, super ludzie, no i wybitny trener, od którego codziennie uczę się czegoś nowego.

2) Refleksje turystyczne.

Tu wszystko jest inne. Tu wszystko zapiera dech w piersi. Jeśli nie z powodu widoków i krajobrazów, to z uwagi na ludzi. Innych niż u nas, w Europie. O wiele biedniejszych. Jednocześnie, zupełnie z innym nastawieniem do innych ludzi, niż większość nas, Europejczyków.

Przede wszystkim – dzieci. Kenijskie małe dzieci. W większości pozostawione totalnie bez opieki, idące same ulicą, niosące na plecach młodsze rodzeństwo, proszące „money, money”, brudne.

Spójrzcie na to, jak dużo pozytywnych, ale rownież smutnych emocji wyraża twarz tej dziewczynki (? – pewności odnośnie płci nie mam) na zdjęciach!

Kenijczycy to naród bardzo otwarty na kontakt z innymi ludźmi, bez względu na kolor skóry. Co chwile pozdrawiają, tu mówi się komuś „hello” nie tylko raz dziennie, ale za każdym razem, gdy się go mija.

Obecnie ma miejsce czas wyborów prezydenckich (w najbliższy poniedziałek) i jest to dla narodu wydarzenie niezwykłej wagi. W TV na okrągło lecą debaty, w miasteczkach odbywają się wiece, dzieci mają 2 tygodnie laby od szkoły (!). Podpytywałem się miejscowych o to jakie są główne różnice w programach wyborczych kandydatów, okazuje się, że nie tyle różnią ich programy, co plemiona, z których pochodzą – za tym bowiem idą w razie zwycięstwa ewentualne korzyści dla regionu zamiekszkałego przez dane plemię.

Kenia jest krajem biednym, ale szybko rozwijającym się. Wzrost PKB to ok. 8% i planowane jest utrzymanie takiego tempa wzrostu przez 15 kolejnych lat!

Niepodważalnym walorem tego kraju jest przyroda. Zupełnie inna niż ta, do ktorej się przyzwyczailiśmy. Dzika. Niemal nieskalana upływem czasu. Wspaniała. W przyszłym tygodniu mam zamiar jeszcze pogłębić swoją wiedzę o niej, ale nie chcę na razie zapeszyć, bo wyzwanie będzie trudne.

Dziś mam więcej czasu na pisanie, jest więcej czasu na regenerację z uwagi na ciężki poranny trening na stadionie, który dziś odbyliśmy. Odcinki 400 m biegane w moim przypadku w tempie 1’22-1’25, na przerwie 3′ w truchcie, 10 powtórzeń. Wierzcie mi, że na wysokości 2400 na ostatnich kilkudziesięciu metrach takiej 400-setki już człowieka trochę zatyka …

O 17.30 w planach spokojne wybieganie 8km, jutro tzw long run, ok 22-25 km.

Foto: Autor – Adam Klein.

20130302-154336.jpg

20130302-154344.jpg

20130302-154351.jpg

20130302-154358.jpg

20130302-154404.jpg

20130302-154411.jpg

2013.03.01 Kenia dzień 7

Dziś konkretnie i sportowo :-)
- 7.00 Poranny truchcik 2km i 20 min rozciągania
- 9.30 Stadion. Najpierw 8km spokojny bieg, potem mieszanka ćwiczeń typu skipy, rytmy, powrót do hotelu, w sumie 11,2 km (Tu podziękowania dla Kasi za obsługę foto)
- 14.30 Wykład teoretyczny – treningi tlenowe
- 16.00 Spokojny bieg (tempo 4:40-5:00) – 8 km
- 17.00 Sprawność / gimnastyka (core stability)
- 18.00 Czyli za chwile wskoczę do basenu, myśle, że ok 1km
- 21.00 Piwo Tusker :-)

Oczywiście gdzieś tam w międzyczasie coś tam jemy :-)

20130301-180221.jpg

20130301-180301.jpg

20130301-180310.jpg

20130301-180351.jpg

20130301-180359.jpg

20130301-180411.jpg

20130301-180319.jpg

20130301-180423.jpg

20130301-180439.jpg

20130301-180451.jpg

20130301-180458.jpg

20130301-180514.jpg

20130301-180235.jpg