Archiwa kategorii: Pobyty w Kenii 2013-2015

IMG_1451.JPG

2015.03.18 Kenia 2015 – cz. II

Poniżej druga część „notatek z podróży” :-)

Sobota 14.03, 8 dzień pobytu

Z moimi plecami już lepiej, ale wciąż nie jest idealnie. Na szczęście w samym biegu nie odczuwam dyskomfortu. Dziś większość osób z naszej grupy pojechała w okolice Kapsabet (ok 50 km stąd) wziąć udział w sztafecie maratońskiej (2 czteroosobowe zespoły), ja zostałem na miejscu i zrobiłem rano z Krzyśkiem i Michałem fajny trening: 15 km w tempie po 5’06, na tętnie 146. 

O 16.00 wyszedłem na spokojne (po 5’30) 5 km i potem 45 minut rozciągania. Fajnie się po tym czułem, jutro walka, więc tym bardziej mnie to cieszy. 

Ciekawostka z relacji tych, co dziś biegali te zawody: zwycięzcy wśród kobiet i wsród mężczyzn byli obdarowywani … krową :-) 

Niedziela 15.03, 9 dzień pobytu

30 kilometrów zrobione wg założeń! Pierwsza dycha bardzo spokojnie po 5’18″, druga po 4’57″, trzecia docisnąłem po 4’12″.

Wyruszyliśmy w sześciu jeszcze przed pianiem kur, po ciemku o 6 rano. 

Pobiegliśmy z Iten do miasta Eldoret, ostatnie 5 km już w mieście to był „sajgon”, ciężarówki, tłok na drodze, kurz i brak pobocza biegowego, więc przeciskaliśmy się asfaltem .

Wróciliśmy matatu (kenijski busik, nominalnie 8 osobowy ale tu jest Kenia, w pewnym momencie włącznie z naszą piątką białych w aucie było 13 osób i kogut :-)

Do końca dnia oczywiście był już tylko relaks, „uzupelnianie akumulatorów” przy pięknych widokach w Kerio View, wśród miejscowych dzieciaków (na załączonych fotkach) i w tamtejszej restauracji.

Tydzień zamknięty kilometrażem 133.

Poniedziałek, 16.03, 10 dzień pobytu

Po wczorajszym wycisku dziś moze byc tylko regeneracja, wybrałem jednak jej aktywniejszą formę, rano powooolny trucht 10 km, po południu poszedłem na core stability. Timo Limo dał wycisk, ale pomny doświadczeń z pierwszych zajęć, tym razem przy wybranych, cięższych ćwiczeniach nieco się oszczędzałem.

Luźniejszy dzień wykorzystałem na poznanie (oczywiście jedynie w zarysie) historii Kenii, poszedłem na 90-minutowy wykład, regularnie oferowany przez nasz ośrodek. Wykładowcą był pan z uniwersytetu w Eldoret. Muszę przyznać, że było warto. Ciekawy naród, ich tożsamość narodowa i chęć wyzwolenia spod brytyjskiego kolonialnego panowania stopniowo wzrastała w XX wieku, z kulminacją na przełomie lat 50 i 60, kiedy to do głosu doszła organizacja zwana MAU MAU, składająca się z rebeliantów popieranych przez sporą część społeczeństwa. W większości przewodników o Kenii nazwa MAU MAU nie jest tłumaczona. Nie wiem w sumie dlaczego, może jest to temat delikatny… Skrót ten oznacza w tłumaczeniu: 

MZUNGU TO GO BACK EUROPE, AFRICA TO GET INDEPENDENCE 

(Mzungu to zwyczajowe określenie białego człowieka) 

Wtorek, 17.03, 11 dzień pobytu

Rano znów „zwykłe” wybieganie, czyli 15 km po mojej ulubionej pętli. Wyszliśmy już o 7 rano, warto wstać wcześniej, słońce jeszcze nie daje tak w kość. 

O 9.30 byłem już na stadionie Kamariny, aby pooglądać wtorkowy „track session”. 

Popołudnie to znów częsty tu zestaw: kilka km truchtu i sesja gimnastyki (tym razem zwykłe rozciąganie prowadzone przez naszego trenera). 

Jutro czeka mnie ciężka walka …

Środa, 18.03, 12 dzień pobytu

Interwały (malejące długości od 5 do 1 km), na coraz krótszych przerwach. Celem jest utrzymanie podobnej prędkości na każdym z odcinków i powinna to być spora intensywność, w granicach 3’50-4’00. 

Bardzo ciężka jednostka treningowa, prawdziwa rzeźnia, robiłem to na stadionie tartanowym. 

Udało się zrealizować założenia! 

Dziś po południu jeszcze druga rzeźnia, czyli core stability.

Jutro, na koniec obozu, zgodnie z tradycją Bieganie.pl, odbędą się zawody na Kamariny Stadium, w nocy powrót do kraju. 

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

IMG_1401-0.JPG

2015.03.15 Kenia 2015 – Część I

Iten, „home, sweet home” – napisał mój kolega Michał, kiedy przybył w tym roku tutaj po raz trzeci, podobnie, jak i ja. To trafne słowa, choć oczywiście należy je czytać z pewnym przymrużeniem oka :-)
W każdym razie, czuję się tu już niemal jak u siebie. Szczególnie po tygodniu spędzonym już tu w tym roku.

Moje ogólne wrażenia z pierwszych 9-ciu dni są bardzo pozytywne. W pierwszym tygodniu ostrożnie gospodarowałem siłami, nie dawałem z siebie więcej niż 70-80 procent tego, co czułem, że mogłem danego dnia. Mimo tego, od 3 dni mam problem z dolnym odcinkiem kręgosłupa, który został nieco przeciążony (powstał tzw. „zastrzał”). W nogach do dziś mam 120 km. Przed chwilą miałem godzinną sesję masażu z rąk tutejszego speca, Hilary’ego :-)

Biegowo – póki co, jak wspomniałem, dotychczas nieco oszczędzałem się ponieważ celem jest tu równe i konsekwentne zaliczenie wszystkich jednostek treningowych podczas 13 dni, a nie jakieś szaleństwa. 

Najważniejszym dla mnie dniem obozu będzie najbliższa niedziela, ten jeden dzień będzie jak 3-4 inne. Jeszcze po ciemku, o 6 rano (w Polsce 4) wyjdę na jeden z najcięższych treningów w ostatnich miesiącach. 30 km z ostatnią dychą bieganą po ok. 4 min/km. W połączeniu w wysokością na ktorej jesteśmy, oraz z łączną sumą przewyższeń ok 300 m stanowić to będzie nie lada wyzwanie. 

Codziennie starałem się w reporterskiej formie spisywać swoje spostrzeżenia z mijających dni (zamieszczam je poniżej), zapraszam też na mój profil na Fb:

www.facebook.com/pokonamsiebie

————–

Sobota 7.03 – Niedziela 8.03, 1 – 2 dzień

Na miejsce dotarliśmy do 9 rano czasu kenijskiego (7 w Polsce), po dosyć sprawnej podróży. Niestety, nie potrafię spać w samolocie i pierwszy dzień był dla mnie dosyć trudny. Przeszedłem się trochę po okolicy, odwiedziłem sklepik z pamiątkami (słynne bransoletki!) Olympics Corner.

Na poniższym filmie widać jak spokojnie upływa tu czas:

Mieszkamy tym razem w nowej części ośrodka, w pokojach o podwyższonym standardzie. Stołujemy się znowu (jak 2 lata temu) w głównej stołówce. Wydaje mi się, ze jest cieplej niż przed rokiem. O godzinie 14 gdy wyszliśmy po obiedzie na spacer do Kerio View „przywitać się” z Wielkim Rowem Afrykańskim (to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałem w życiu), było już bardzo gorąco.

Z innych spraw:

- komary są, choć w liczebności zaledwie pojedynczych sztuk, wczoraj dwaj nieszczęsnicy zakończyli swoj żywot na ścianie w moim pokoju

- internet wifi niestety jest tu słaby i dzisiaj zamierzam iść do miasta i kupić miejscowego SIMa do routera mobilnego, który wziąłem z Polski, przeczuwając sytuację

- jedzenie jest tu jak zwykle fantastyczne, nic się nie zmieniło przez rok :-) – ta owsianeczka, te racuszki z dżemem, ta kaszka ugali polana sosem z pyszną kenijską wołowinką ze zdrowo karmionych kenijskich krówek

- … i oczywiscie TEN SOK Z MANGO – hit nad hitami, podawany w przyległym do ośrodka pubie 

- właścicielka ośrodka, Lornah Kiplagat, coraz rzadziej już podobno tu bywa, ostatnio zajmuje się coraz więcej nowymi swoimi biznesami, m.in. promocją swojej marki odzieżowej Lornah – tydzień w temu w głównej galerii handlowej w Nairobi otwierała swój salon i było ta ponoć bardzo duże wydarzenie

- miło się spotkać znów: wczoraj po przyjeździe uściskałem się ze znajomymi sprzed roku i dwóch – z kilkoma kenijskimi miejscowymi, między innymi z Richardem „Katem” Mukche, ze strażnikiem przy wjeździe do ośrodka, z kanadyjskim biegaczem, który to co roku przyjeżdża na kilka tygodni… :-) Z Mo Farahem się nie ściskałem, bo go w tym roku tu nie ma :-)

Nasza grupa składa się z 12 osób. Poza aspektem czysto towarzyskim, jest to doskonała okazja do zwiększenia swojej wiedzy o treningu i problemach biegaczy. Każdy jest inny, kazdy ma inny cel, inne podejście do tego, co robi, napotyka inne problemy. 

Niezmiernie ważne jest „spokojne wejście w obóz” – nie można ulec euforii i tracić niepotrzebnie siły szczególnie podczas pierwszych dni. Wczoraj o 16.30 wyszliśmy na pierwsze bieganko. 7,5 km po podstawowej pętli, zwanej przeze mnie „pętlą iteńską”. Dzisiaj (słowa te poszę już w niedzielę, po śniadaniu), zamierzam zrobić w bardzo spokojnym tempie 20 km. W końcu skoro niedziela, to powinien być jakiś dłuższy akcent wytrzymałościowy. Jest ciepło ale dość silny wiatr. Dodając do tego wczesny jeszcze etap aklimatyzacji, wysokość 2400 m n.p.m. (sprawiająca, że oddech jest znacznie płytszy, a na podbiegach człowieka wręcz zatyka) oraz konieczność oszczędzania się przed kolejnymi 12 dniami, dzisiejszy trening będzie bardzo spokojny i nie zamierzam dzisiaj biegać nic więcej niż te 20 km, pomimo, iż ostatnie niedziele w Polsce oscylowały wokół „30″. Tu jest zupełnie inna bajka.

Dlatego też – po dzisiejszym porannym biegu, w drugiej części dnia zamierzam jedynie relaksować się i popływać sobie w basenie. 

Poniedziałek 9.03, 3 dzień

Rano 15 km w tempie 5’24″ na tętnie ok 70 % T max, odkryliśmy super pętelkę, bez zabójczych podbiegów ale o zmiennym profilu, ciekawą. Spory wiatr dzisiaj. 

Po południu najpierw leniwe 4 km a potem 45 minut wycisku – czyli core stability. Richard Mukche ma juz swojego człowieka do prowadzenia zajęć, gość ma chyba 2 m wzrostu, siłę i budowę lamparta i elastyczność dzikiego węża :-) Zajęcia znioslem dobrze, dzień pozytywny, plan wykonany, czas na kolację :-)

Wtorek 10.03, 4 dzień

Dziś eksperyment, jak się okazało, udany. Główny trening (14 km w tempie konwersacyjnym) zrobiłem przed śniadaniem a nie po. Rozpoczęliśmy z Michałem o 7.15 czyli 3 h wcześniej niz zwykle. Różnica w temperaturze kolosalna, na korzyść oczywiscie: 17-20 stopni zamiast 23-26. Dodatkowa korzyść to więcej czasu do obiadu na regenerację. W nagrodę można się dłużej pobyczyć na leżaku przy basenie :-) Reszta grupy ma dziś trening na stadionie Kamariny. Trochę żałowalem, że mnie to dzisiaj ominęło – moze nie tyle same interwały na stadionie, co obserwowanie tego, co się na stadionie wówczas dzieje – setki długonogich Kenijczyków tworzą niepowtarzalny spektakl. Czerwony kurz wznosi się tylko za nimi… Kamariny Stadium – mekka biegania!

Podczas śniadania rozmawialiśmy z Finem, jest on już siódmy raz tu w Iten. Poznaliśmy sie 2 lata temu. Facet ma 61 lat a wygląda na 40-45. To ten na zdjęciu ze mną, w takich okrągłych okularkach.

Tak w ogóle, to temat aktywności fizycznej u ludzi w średnim lub ponadśrednim wieku jest bardzo ciekawy, kiedyś zamierzam go rozwinąć. W naszej grupie Bogdan Barewski to historia sama w sobie. Rownież 61 lat, postać już teraz niemalże kultowa w środowisku biegowym, nie tylko w Polsce. Od takich ludzi można się bardzo wiele nauczyć, nie tylko w kontekście podejścia do sportu, znacznie szerzej.

Dzień mijał bardzo leniwie. Czas spędzony przy podwojnym espresso oraz „marble cake” w pobliskim Iten Clubie  był dla mnie pewną odskocznią i próbą uporządkowania wielu myśli kłębiących mi się jakoś tego dnia w głowie.

Na popołudnie musiałem się jednak odpowiednio zmobilizować, w planie bowiem było co prawda spokojne, ale jednak zawsze kolejne 6-8 km.

Aby wynagrodzić sobie choć trochę moją dzisiejszą poranną nieobecność na stadionie Kamariny, namówiony przez Bartka, wraz z nim pobiegłem w ramach truchtu właśnie tam, zrobiliśmy rytualne okrążenie na stadionie i powróciliśmy do ośrodka.

Na koniec zrobiłem kilka przebieżek i wraz z wszystkimi innymi z naszej grupy, komenderowany przez trenera, próbowałem przez ponad pół godziny rozciągać mięśnie, już nieco zmęczone pierwszymi czterema dniami na iteńskiej ziemi.

Środa 11.03, 5 dzień 

Przyszedł kryzys. Rano byłem cały obolały, ze szczególnym wskazaniem na lędźwiowy odcinek kręgosłupa, mam problemy ze schyleniem się, ale wiem, że to kwestia kilku godzin i będzie lepiej. Posmarowałem Voltarenem Max. Dziś rano 12 km, czułem się dobrze. Popołudniowe zajęcia core stability jednak sobie odpuściłem, ale żeby nie siedzieć zupełnie bezczynnie, potruchtałem sobie do punktu widokowego i z powrotem (5,5 km). Widok na Wielki Rów Afrykański napełnił mnie energią. 

Wieczorem jak codzień, 2 soki mango w pubie :-)

Czwartek, 12.03, 6 dzień

Z plecami nieco lepiej. Rano o 9.30 rozpocząłem główny trening, 14 km w tempie Easy Run. Postanowiłem pobiec dokładnie trasą pętli niedzielnej trzydziestki. Muszę ją poznać na pamięć, w niedzielę rano będę robił po niej pierwsze kilometry jeszcze prawie po ciemku.
Biegło mi się super, średnie tempo wyszło 5’07″ na średnim tętnie 148. 

Do ośrodka przybyła grupka Polskich biegaczy (profi), m.in. z medalistą Mistrzostw Europy z Zurychu na 3 km z przeszkodami, Krystianem Zalewskim

Jutro zamierzam poświecić dzień na regenerację, umówiłem się już na masaż.

Piątek, 13.03, 7 dzień pobytu

Dziś zacznę od kilku słów o człowieku, który jest wielką postacią i mieszka obecnie w naszym ośrodku.

Toby Tanser – bo o nim mowa – założyciel fundacji Shoe4Africa, organizator i dyrektor biegów, trener biegania, autor książek o bieganiu (w kontekście sukcesów Kenijczyków), przede wszystkim jednak chyba filantrop. Jego obecny i zarazem największy projekt – to budowa największego w Afryce szpitala dla dzieci. W rozmowie z nami podczas kolacji przyznał, że w Kenii spędza obecnie nawet 50 procent czasu, kupił tu ziemię (nazywa siebie farmerem w Kenii), jest bardzo zaangażowany w najnowszy projekt szpitala.
Niesamowity gość, w skrócie mówiąc.

Wracając do treningów, dzisiaj ich nie było … i nie będzie. Absolutna regeneracja, należy mi się. Odpoczynek miał być co prawda dopiero w poniedziałek, ale dziś rano zdecydowałem, że nie powinienem czekać i muszę po prostu sobie dzisiaj odpuścić.

Rano wraz z kompanem z pokoju, Maćkiem, udaliśmy się na Kamariny Stadium, żeby popatrzyć na trening Kenijczyków. Poniżej film i zdjęcia – pełna magia …

To na razie tyle..

Pozdrawiam wszystkich w mam nadzieję coraz bardziej wiosennej Polsce!

Maciek

(null)ą

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

(null)

2014.02.16 Powrót … i refleksje 10 km nad Ziemią

Już znowu tęsknię. Lecimy wlasnie teraz nad Morzem Śródziemnym, po kilkugodzinnym przystanku w Amsterdamie, wczesną nocą bedziemy już dziś w domu.
Wspaniały wyjazd, dorównujący temu sprzed roku.

Co takiego sprawia, że TU OD RAZU CHCE SIĘ WRACAĆ ??? Że pobyt tu doładowywuje „akumulatory” na cały kolejny rok?

Nowi ludzie poznawani na kenijskiej ziemii?

Mistrzowie, którzy jak się okazuje, są normalnymi ludźmi?

Stadion Kamariny, chyba jedyny taki na świecie, z taką „własną duszą”….

Trasy biegowe pokryte czerwoną ziemią, po której bieganie nabiera jakiegoś nowego, niemalże mistycznego wymiaru?

Klimat (w sensie dosłownym) – idealna temperatura, idealna wilgotność powietrza…?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. To, co najsilniej nie daje mi spokoju, to fakt istnienia dwóch zupełnie innych światów.
My, Europejczycy, możemy sobie teraz siedzieć w Boeingu 777 lecącym właśnie nad Sycylią (na zdjęciu w oddali – Etna) i korzystając z usługi wi-fi flight wykorzystywać media społecznościowe do uzewnętrzniania naszych przemyśleń.
Oni zaś, mieszkańcy wiosek kenijskich, nie będą zapewne nawet nigdy o takich przybytkach luksusu marzyć. Ich definicja luksusu jest inna. To na przykład nowa para butów biegowych, to każde tysiąc szylingów kenijskich. To posiadanie elektryczności i bieżącej wody.

————–

Drodzy czytelnicy mojego bloga. Korzystając z okazji, chciałbym Wam bardzo podziękować, że zaglądacie tu czasami. Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak bardzo mnie to dodatkowo mobilizuje :-)
Dla mnie zarówno bieganie, jak też spisywanie tego wszystkiego, czego doświadczam, stanowi pewnego rodzaju totalną odskocznię od codziennych problemów związanych z pracą w ogromnej korporacji. To tak tylko, nieco może pompatycznie, ale za to szczerze. Trzymajcie kciuki, w kwietniu chciałbym pokusić się o wynik, który jeszcze całkiem niedawno nawet mi się nie marzył. I powodzenia wzajemnie!!!

20140216-135246.jpg

2014.02.14 Kenia dzień 14

Ostatni dzień każdego obozu Bieganie.pl to tradycyjnie zawsze zawody. Nie inaczej jest podczas obozów w Kenii. Zawody, które zorganizowaliśmy dziś na Kamariny Stadium, przyciągnęły na start ponad setkę miejscowych biegaczy. Zarówno od strony sportowej, jak i organizacyjnej, wydarzenie stało na wysokim poziomie.

Z resztą – zapraszam do obejrzenia dość szerokiej relacji poniżej. Czas zwycięzcy wśród mężczyzn to 8:13, znakomity wynik, biorąc pod uwagę wysokość i ziemną nawierzchnię bieżni.

20140214-134534.jpg

20140214-134555.jpg

20140214-134613.jpg

20140214-134637.jpg

20140214-143004.jpg
Ostatnie foto: Remek Kinas

2014.02.13 Kenia dzień 13

To było kilka minut, na które czekałem wiele lat. Dziś rano brałem udział w najsłynniejszym fartleku na świecie, biegu, który odbywa się w każdy czwartek punktualnie o 9 rano w okolicach Iten.

Czym jest fartlek? Otóż jest to jednostka treningowa kształtująca kilka cech jednocześnie – motorykę, wytrzymałość, siłę biegową oraz hart ducha. Kenijczycy biegają fartlek zawsze w grupie, tu w Iten grupa ta liczy kilkaset osób!

Fartlek polega na naprzemiennym biegu tzw. Easy (1 minuta) i Hard (3 minuty, choć być może czas ten jest niekiedy nieco krótszy). Grupa posiada głównodowodzącego, który ogłasza podczas biegu przejście do kolejnej fazy, czyli zwolnienie lub przyspieszenie. Bieg trwa około 70 minut. Z uwagi na fakt, że szybkie odcinki biegane są w tempie 2’50″, fartlek jest jednym z najbardziej wyczerpujących rodzajów treningów.

Około 8 rano bylśmy już w trójkę z Mario i Remkiem na miejscu zbiórki. Chcieliśmy być wcześniej, żeby porozmawiać jeszcze z biegaczami przed startem. W okolicy startu dostrzegłem kilka gospodarstw, które już od rana tętniły życiem (choć być może to określenie nie najlepiej oddaje spokojne podejście Kenijczyków do życia i upływającego czasu).

Podszedłem do jednego z biegaczy, pytając dlaczego fartlek jest dla nich czymś tak niezwykłym, wręcz kultowym. Odpowiedź była prosta: „because we can run very fast in this race”…

Pięć minut przed dziewiątą, na linii startu było nas już kilkaset osób. Na podwyższenie wdrapał się jeden z mężczyzn i rozpoczął długą przemowę. Jak się później dowiedziałem od Eddy, która również brała udział w biegu, przemowa dotyczyła … jakichś kwestii podatkowych, zupełnie nie związanych z biegiem! Jak widać, jest to zarazem okazja do swoistego krótkiego „hyde parku”.

Ruszyliśmy! Najpierw minuta „easy runu”. Na mojej głowie kamerka, w ręku aparat, którym kręcę film. Poczułem ekscytację tym, czego byłem współbohaterem. Wokół tupot setek nóg i mnóstwo kurzu.

Przyspieszamy i po chwili biegnę tempem takim, jakim zwykle robię interwały 200-metrowe. Podbieg. Dyszę jak parowóz. Mijają mnie kolejni uczestnicy. Przechodzimy do wolniejszego biegu i w tym momencie decyduję, że to by było na tyle, jutro przecież w planie bardzo ciężki dzień.

Wracam samotnie w kierunku Iten. Spotykam wracającego w moim kierunku Mario, który przebiegł więcej odcinków niż ja. Przebijamy sobie piątki. Kręcę krótki film z nim w głównej roli.

Mogę już powiedzieć: BIEGAŁEM Z KENIJCZYKAMI !

20140213-110225.jpg

20140213-110244.jpg

20140213-110300.jpg

20140213-110338.jpg

20140213-110519.jpg

20140213-110727.jpg

2014.02.12 Kenia dzień 12

I dorwał mnie kryzys. Po dwunastu ciężkich dniach i ponad dwustu przebieganych kilometrów, dziś czas na totalną regenerację, tylko i wyłącznie w sumie około 20 km truchtu po 6 – 6’30″, godzina ćwiczeń na sali oraz sauna.
Po obiedzie poszliśmy wiekszą grupą do Kerio View, aby patrząc z góry na Wielki Rów Afrykański raczyć się silną kawą. Każdy z nas wykorzystuje pobyt w Kerio aby skorzystać z internetu, w naszym ośrodku jakość internetu dorównuje jakości dróg kenijskich. Tak w ogólę, to gdy wrócę do Polski, szybkość naszego internetu będzie przez pewien czas dla mnie luksusem.

20140212-142750.jpg

20140212-142808.jpg

2014.02.11 Kenia dzień 11

Wtorek, czyli „going to the track”, jak mówią miejscowi biegacze. Dzisiaj znów biegamy interwały. W planie najpierw 10 x 400 m potem 5 x 200 m. Wszystko na krótkich przerwach. Gdy dotarliśmy na stadion, już było tłoczno. Na drzewach rosnących na terenie stadionu dostrzegłem plakaty informujące o piątkowych zawodach, które organizuje jak rok temu Bieganie.pl wraz z Mystic Production. Będzie się działo! Zainteresowanie tym biegiem (na 3 km), z osobnymi nagrodami dla kobiet i dla mężczyzn jest już tutaj bardzo duże.

Czas rozpocząć orkę, nie ma na co czekać – pomyślałem – nie przyszedłem tu oglądać plakaty …

Czułem się bardzo dobrze. Czterystumetrówki biegalem po 84 sekundy, dwustumetrówki po 37-38 sekund, założenia wykonałem w stu procentach. Ostatnie dwusetki zrobiłem trochę „dla sportu” nieco żwawiej, po 31 sekund.

Na stadionie spotkaliśmy Renato Canovę, trenera-legendę. Poniżej zapis części mojej rozmowy z nim. Opowiada między innymi o tym, jak do tego doszło, że Iten jest dla biegaczy tak niezwykłym miejscem, że 16 na 17 medali kenijczyków na ostatnich mistrzostwach świata w Moskwie zdobyli ludzi trenujący w Iten.

20140211-142904.jpg

20140211-142942.jpg

20140211-143032.jpg

20140211-143109.jpg

2014.02.10 Kenia dzień 10

Nasze popołudniowe wybieganie mialo być spokojne. „Tylko pamiętajcie, panowie, to ma być easy run, macie w nogach wczorajszą trzydziestkę a jutro ciężki trening interwałowy na stadionie!” – ostrzegał trener Janik. Okoliczności towarzysko-przyrodnicze sprawiły jednak, że zamiast easy run-u zrobiliśmy 12 km krossu. Nikt z nas tej zamiany nie żałował. 

Dlaczego tak się stało? Otóż, umówiliśmy się na to bieganko z Eddą, która miała nas poprowadzić nieznanymi wokół-iteńskimi ścieżkami. Wywiązała się z zadania na szóstkę. Była to jedna z najpiękniejszych tras, jakie biegłem w życiu. 

Najpierw rozpoczęliśmy jak zawsze, szeroką aleją obok hotelu Wilsona Kipsanga. Potem jednak wbiegliśmy w małą wieś, dosłownie z kilkoma chatami. Miejscowe dzieciaki wyciągnęły jakieś długie kije i chciały nas nimi okładać. Potem dotarliśmy do polany niczym w naszych Beskidach. Zbiegliśmy po niej wąską ścieżką i dotarliśmy do wąskiego strumyka, po którym trzeba było po kamieniach przedostać się na drugą stronę. Następnie ostra wspinaczka i powrót na główną drogę. 

Jeżeli ktoś nas, biegaczy, pyta niekiedy, po co trenujemy bieganie, jedną z możliwych odpowiedzi jest możliwość doświadczania takiej właśnie mieszanki doznań, jakie było nam dane dzisiaj.

20140211-142049.jpg

20140211-142201.jpg

20140211-142317.jpg

2014.02.09 Kenia dzień 9

Po wczorajszym dniu wolnym spędzonym w większości w busiku, napełnieni wrażeniami natury przyrodniczo-kulturalnymi, przyszedł czas na jedno z większych wyzwań, które na nas czeka podczas obozu. Niedzielna trzydziestka. 

Przebiegnięcie trzydziestu kilometrów jest zawsze sporym wydarzeniem, nawet jesli bieganie jest w idealnych warunkach, po płaskim, na niewielkiej wysokości n.p.m. Tutaj jednak mamy 2400 m n.p.m i cztery pętle po 7,8 km, na każdej z nich blisko ośmiusetmetrowy stromy podbieg. 

Pogoda na szczęście dopisuje, jest trochę chmur, temperatura około 20 stopni, bezwietrznie. O 7 rano jemy lekkie śniadanie, o 8.30 wyruszamy. Jest nas sześciu. Pierwsze 3 kółka ciągnięmy bardzo spokojnie. Przekraczamy 24-ty kilometr. Sił jest sporo, mozna trochę przyspieszyć, ale w głowie ciągle jest świadomość, ze na 27-ym kilometrze czeka nas wspinaczka. Biegniemy już tylko w trzech, za nami druga trójka. Sił zaczyna jakby szybciej ubywać.

Kiedy rozpoczynamy atakować naszą „Golgotę”, nasze oddechy zamieniają się w charczenie. W połowie podbiegu szarpnąłem do przodu, Żuraw i Mario za mną. Niby to nie zawody, ale element rywalizacji nigdy nie zaszkodzi :-) Patrzę na zegarek – podbiegamy w tempie 4’20″… (!)

Chłopaki podkręcają tempo jeszcze bardziej. Żuraw jest bardzo mocny, moim zdaniem stać go na wiosnę na 1:14 w półmaratonie. Mario – pokaz siły, zdecydowanie kandydat na złamanie 2:40 w maratonie w najbliższej przyszłości. 

Ostatni podbieg, widzę już naszego coacha. 30 metrów, 10 metrów, koniec! Przybijamy piątki i czekamy na pozostałych. To była super jednostka treningowa, w sumie 31 km. Rozciągamy się przy drewnianych barierkach już na terenie ośrodka. Reprezentacja Wielkiej Brytanii również wlasnie wraca z Long Runu, wysypują się po kolei z matatu. Proszę Paulę Radcliffe o wspólną fotę, godzi się z uśmiechem, bez żadnego problemu. Jakaś nagroda za 138 kilometrów w tym tygodniu należy się :-)

Czas na 15 minut relaksu w chłodnej wodzie w basenie. Do końca dnia już tylko nic-nie-robienie!!!

20140210-123042.jpg