2017.04.23 DOZ Maraton Łódź 2:47:22 – 20 msc OPEN, 2 msc M40

IMG_9231
To wcale nie był rekordowy maraton pod względem osiągniętego czasu. Szybciej biegałem już cztery razy: we Frankfurcie w 2014 r (2:44:12) i 2013 r (2:45:31), w Warszawie w 2014 r (2:45:56) i raz jeszcze we Frankfurcie w 2015 r (2:46:05). Jednak mam kilka argumentów, aby uznać mój niedzielny start w maratonie łódzkim za bardzo udany.  Oto one:

1. Udało mi się wejść z powrotem na dawny poziom, bo dwóch zejściach z trasy w maratonach na wiosnę 2015 (Łódź, zejście na 35 km) i na jesieni 2016 (Warszawa, zejście na 25 km), w obu przypadkach kiedy właśnie moja głowa nie potrafiła pokierować ciałem. POKONAŁEM SIEBIE, tak jak kiedyś to czyniłem!

2. Zapanowałem nad czymś, co często przysparza mi problemów – za wszelką cenę chcę walczyć o życiówkę. Po ponad dwudziestu startach maratońskich wreszcie do mnie powoli zaczyna docierać, że należy bardzo chłodno, nawet w przypadku poczucia świetnego przygotowania, ocenić szansę na ustanowienie rekordu danego dnia i w razie konieczności przyjąć inną taktykę, na przykład walkę o miejsce. Tak właśnie postąpiłem w niedzielę. Pomimo, iż moja forma była bardzo zbliżona do tej z jesieni 2014, kiedy we Frankfurcie pokonałem barierę 2:45, to tu na łódzkiej ziemi już po kilku kilometrach zdałem sobie sprawę, że wiatr jest zbyt silny na to, by harcować. Słysząc głosy niektórych widzów wzdłuż trasy, że biegnę na 16-18 pozycji, obrałem bardzo prosty cel: skończyć maraton w pierwszej dwudziestce.

3. W konsekwencji takiej taktyki, trzymałem się większej (ok 10 osób) grupy biegaczy, biegnącej w tempie ok 3’57 – 3’59 (czyli wolniejszym niż mój standardowy przelotowy 3’53 – 3’55 biegany w biegach na końcowy wynik 2:44 – 2:45). Cóż zyskałem? Bardzo dużo, około 10 kilometrów biegu w grupie dającej solidarne zmiany w wietrznych warunkach to niewiarygodny atut. Aranżowałem system zmian, namawiałem innych do bycia aktywnym i brania na siebie prowadzenia, sam dawałem przykład. W takiej grupie wykształca się swoista więź, jedność celu – to jest wspaniałe! Wskutek powyższych działań, dopiero od 28-go kilometra biegłem w zasadzie sam, w większości maratonów taki moment ma miejsce wcześniej, grupa w końcu niemal zawsze pęka i rozbija się.

4.  Moja głowa cały czas była skoncentrowana na dążeniu do celu, nie miałem ani przez moment zwątpienia, aby np. zejść z trasy, choć miejscami (np. długa prosta bodajże ul. Wyszyńskiego około 3 km prosta pod wiatr i częściowo nieco pod górę) było bardzo trudno i bardzo bolało..

5. Ostatnie 3 kilometry byłem już niezmiernie zmęczony (np już nie byłem np. w stanie kontrolować biegu po najkrótszej możliwej trasie, co zwykle robię dosyć precyzyjnie) jednak pomimo to, wiedząc, że spadłem na 21 (lub nawet 22) pozycję, zdobyłem się resztkami sił na skontrowanie i powrót do dwudziestki.

Oceniam, że byłem przygotowany w lepszych warunkach na czas 2:45:30. Wejście na poziom wynikowy sprzed 2-3 lat jest wciąż realne, ale musi być poprzedzone znacznie większą pracą nad siłą, głównie mam na myśli kilkanaście tygodni regularnych sesji na siłowni, przy jednoczesnym podwyższaniu progu tlenowego (biegi progowe i sesje interwałowe). Zamierzam tego dokonać i pod koniec września podczas Maratonu Warszawskiego zejść poniżej 2:44 i stanąć na podium klasyfikacji M40 w tej kultowej imprezie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>